Podczas tygodnia wolnego, przewidzianego w związku z Dniem Narodowym (świętem na cześć ustanowienia republiki) z pewnością należy wybrać się na wycieczkę. Co prawda jest to wolne dla wszystkich Chińczyków (no dobrze, tych, którzy nie mają straganów z jedzeniem lub sprzedają w większości sklepów)więc nie ma się co dziwić, że tłum, który już wcześniej wydawał się potężny, teraz jest przeolbrzymi... W związku z tym jechanie w tych dniach do jakiegokolwiek miejsca uważanego przez Chińczyków, za warte zwiedzania, jest bardzo ryzykownym pomysłem. Bilety trzeba wykupić znacznie wcześniej, to samo z rezerwacją miejsca w hotelu. Jeśli bierze się ze sobą aparat także trzeba uzbroić się w cierpliwość i pogodzić z tym, że większość obiektów będzie przesłoniętych innymi "fotografami".
Ja miałam ochotę na wycieczkę w przyrodę. Od dłuższego czasu tęskni mi się łażenie po górach, może być nawet górkach, byle było zielono i teren pofałdowany. Ponieważ nie miałam dużych zasobów finansowych wybrałam górki na południowych obrzeżach Nankinu. Pełna zapału zorganizowałam szybko mini wycieczkę. Im dalej jednak w przygodę, tym entuzjazm bardziej mnie opuszczał. Przede wszystkim oszołomiona wręcz jestem poziomem przyzwolenia na imitacje. Jak to jest możliwe, że coś, co szumnie nazywa się Tangowskimi grobowcami (dyn Tang XII - Xw.n.e.), położone jest w ogrodzie, który wygląda jakby posadzono go dosłownie na początku tego roku?! Młode drzewka i porozkładane miedzy nimi pseudostarożytne altanki doprowadziły mnie do stanu wrzenia i jak najszybciej stamtąd uciekłam. Aha, nie zapomnijmy o tym, że za atrakcję trzeba było zapłacić... W ogóle zaczynam poważnie dochodzić do wniosku, że w Chinach płatny wstęp oznacza, że po pierwsze będzie w danym miejscu dużo ludzi, a po drugie, że miejsce jest niespecjalnie warte zachodu.
Z tego miejsca postanowiliśmy iść już prosto w górki, pod którymi się znaleźliśmy. Jednak po drodze zobaczyliśmy kolejną ciekawostkę. Na wielką skalę budujący się…..starożytny zespół świątynno klasztorny??? Tak to wyglądało. Na zboczu wzgórza, w pięknych Żółto – czerwonych barwach, przepięknie wykończany…..nowy, stary zespół budynków. Geniusz czy żenada? W każdym razie widać, że z pewnością Chińczycy potrafią, oprócz gigantycznej ilości tandety, wyprodukować także rzeczy piękne i dokładnie wykonane…
Następnym punktem programu było bardzo ciekawe znalezisko. Nieciekawa droga przez górę. Dookoła bambusowy las (!), niestety z daleka wyglądający znacznie ciekawiej niż z bliska…ilość pyłu i niskich splatanych zarośli nie pozwoliła przedrzeć się w jego głąb. Nagle zobaczyłam jamę w zboczu, kiedy w nią wlazłam, okazało się, że jest to korytarz. Dalej znajdowało się d połowy zamurowane wejście do znajdującego się za grubymi otwartymi wrotami, korytarza prowadzącego w głąb góry. Fascynujące, tylko dlaczego nikt z nas nie pomyślał o zabraniu latarki?! W tym rejonie toczyły się walki podczas wojny Chińsko Japońskiej, Guomindangowcy mogli się tu kryć przed nadciągającymi Czerwonymi…. schron przeciwlotniczy czy jeszcze co innego? Obawiam się, że zagadka ta zostanie nierozwiązana.
Dalej napotkaliśmy również bardzo dziwne gospodarstwo i obserwowaliśmy nasilanie się nieprzyjemnego zapachu a także naszą drogę, która niepokojąco opadała w dół, zamiast piąć się ku górze. Tak oto wyglądała wycieczka w góry. Nie górsko i śmierdząco. Złą wybrałam górę. Skąd mogłam jednak wiedzieć, że tuż koło niej znajduje się wieeeeeeelkie wysypisko śmieci? Przecież na mapie go nie ma.
Po chwili spędzonej nad małym, brzydkim jeziorkiem po setkach schodów wspięliśmy się na kolejną, płatną atrakcję turystyczną.
Ja miałam ochotę na wycieczkę w przyrodę. Od dłuższego czasu tęskni mi się łażenie po górach, może być nawet górkach, byle było zielono i teren pofałdowany. Ponieważ nie miałam dużych zasobów finansowych wybrałam górki na południowych obrzeżach Nankinu. Pełna zapału zorganizowałam szybko mini wycieczkę. Im dalej jednak w przygodę, tym entuzjazm bardziej mnie opuszczał. Przede wszystkim oszołomiona wręcz jestem poziomem przyzwolenia na imitacje. Jak to jest możliwe, że coś, co szumnie nazywa się Tangowskimi grobowcami (dyn Tang XII - Xw.n.e.), położone jest w ogrodzie, który wygląda jakby posadzono go dosłownie na początku tego roku?! Młode drzewka i porozkładane miedzy nimi pseudostarożytne altanki doprowadziły mnie do stanu wrzenia i jak najszybciej stamtąd uciekłam. Aha, nie zapomnijmy o tym, że za atrakcję trzeba było zapłacić... W ogóle zaczynam poważnie dochodzić do wniosku, że w Chinach płatny wstęp oznacza, że po pierwsze będzie w danym miejscu dużo ludzi, a po drugie, że miejsce jest niespecjalnie warte zachodu.
Z tego miejsca postanowiliśmy iść już prosto w górki, pod którymi się znaleźliśmy. Jednak po drodze zobaczyliśmy kolejną ciekawostkę. Na wielką skalę budujący się…..starożytny zespół świątynno klasztorny??? Tak to wyglądało. Na zboczu wzgórza, w pięknych Żółto – czerwonych barwach, przepięknie wykończany…..nowy, stary zespół budynków. Geniusz czy żenada? W każdym razie widać, że z pewnością Chińczycy potrafią, oprócz gigantycznej ilości tandety, wyprodukować także rzeczy piękne i dokładnie wykonane…
Następnym punktem programu było bardzo ciekawe znalezisko. Nieciekawa droga przez górę. Dookoła bambusowy las (!), niestety z daleka wyglądający znacznie ciekawiej niż z bliska…ilość pyłu i niskich splatanych zarośli nie pozwoliła przedrzeć się w jego głąb. Nagle zobaczyłam jamę w zboczu, kiedy w nią wlazłam, okazało się, że jest to korytarz. Dalej znajdowało się d połowy zamurowane wejście do znajdującego się za grubymi otwartymi wrotami, korytarza prowadzącego w głąb góry. Fascynujące, tylko dlaczego nikt z nas nie pomyślał o zabraniu latarki?! W tym rejonie toczyły się walki podczas wojny Chińsko Japońskiej, Guomindangowcy mogli się tu kryć przed nadciągającymi Czerwonymi…. schron przeciwlotniczy czy jeszcze co innego? Obawiam się, że zagadka ta zostanie nierozwiązana.
Dalej napotkaliśmy również bardzo dziwne gospodarstwo i obserwowaliśmy nasilanie się nieprzyjemnego zapachu a także naszą drogę, która niepokojąco opadała w dół, zamiast piąć się ku górze. Tak oto wyglądała wycieczka w góry. Nie górsko i śmierdząco. Złą wybrałam górę. Skąd mogłam jednak wiedzieć, że tuż koło niej znajduje się wieeeeeeelkie wysypisko śmieci? Przecież na mapie go nie ma.
Po chwili spędzonej nad małym, brzydkim jeziorkiem po setkach schodów wspięliśmy się na kolejną, płatną atrakcję turystyczną.
Dokąd kolejna podróż? Czy się odważę?

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz